..opublikowałem poniedziałek, 7 sierpnia 2017 18:20
Tagliatelle z cukinią i brokułem
Dzisiejszy poranek przebiegł "zwariowaństwowo", chociaż właściwie zaczęło się to już wczoraj. Gdzieś ok. 19-stej wziąłem prysznic, nieco później (ok. 20-stej) zabrałem się do mycia naczyń oraz kulinarzenia :) . Od dwóch obiadów właściwie nie spisuję już przepisów, gdyż stanowią swobodne fantazje nt. konceptu w którym aktualnie gustujemy: zwykle na bazie makaronu oraz kotletów sojowych.
Poprzednim razem przygotowałem chyba makaron z cukinią oraz szpinakiem (bardzo lubimy szpinak, wdzięczne i ciekawe warzywo), kotlety natomiast w grzybowo-śmietanowym sosie. Najnowszym natomiast przypomniałem Sobie iż w Naszej lodówce zagościł brokuł, co bardzo Mnie ucieszyło, gdyż zapowiadało jeszcze ciekawszy oraz bardziej wartościowy koncept. Tym razem więc udusiłem cukinię (tym razem jedną sztukę, ale za to znacznie większą niż poprzednie) razem z brokułem. Przez pewien czas podczas duszenia zastanawiałem się, czy aby dobrze zrobiłem - gdyż brokuł potrzebował zauważalnie więcej czasu. Okazało się jednak iż spokojnie się udało: wystarczyło dolać tylko odrobinę wody, a wszystko ładnie udusiło się - częściowo we własnym sosie, częściowo na parze.
W tym miejscu pragnę zauważyć, iż właściwie nie mierzyłem czasu duszenia warzyw. To ciekawe: w czasach kiedy jeszcze nie gotowałem stresowały Mnie konkretne przepisy - pełne konkretnych ilości, podanych w dodatku w różnych miarach. Robiło to na Mnie wrażenie "ścisłej receptury", w której wystarczy małe odstępstwo, aby zepsuć cały obiad. Dziś zabawne jest to, iż jest jak gdyby odwrotnie: dyskomfortowym jest dla Mnie próba zdefiniowania, jakich konkretnie ilości składników użyłem w danym koncepcie, ile konkretnie czasu trwał dany etap, itp. Zdałem Sobie sprawę, iż w Moim kucharzeniu w sporej mierze zdaję się na intuicję - wielokrotnie wcale nie potrzebując zerkać na zegarek, czy ściśle czegoś odmierzać (przykładowo w koncepcie o którym dziś piszę, warzywa dusiłem całkowicie na wyczucie, nie mając pojęcia ile tak naprawdę to trwało - od czasu do czasu tylko sprawdzałem konsystencję warzyw - zwłaszcza brokułu wymagającego więcej "relaksu" :) ; podobnie z mąką podczas zagęszczania sosu - o wiele łatwiej sypać Mi ją po prostu z opakowania i obserwować, jak zachowuje się sos po jej starannym wymieszaniu).
Jako makaronu znów użyliśmy Tagliatelle, przy czym była to jakaś nieco węższa wersja (niemniej również znacznie krótsza w gotowaniu - względem klasycznego makaronu). Kotlety natomiast zdecydowałem się przyrządzić w pizzowym sosie, którego przygotowanie rozpocząłem od uduszenia cebulki (tradycyjnie cztery duże sztuki). Koncentratu pomidorowego zdecydowałem się dodać (kilka obfitych łyżeczek) jeszcze do samej cebulki. Potem dodałem nieco ponad trzy szklanki wody, i zacząłem przygotowywać Mój klasyczny sos (czyli przyprawy, kostki bulionowe + mąka - mając na uwadze pizzową intencję). A gdy sos był już gotowy, umieściłem w nim kotlety, delikatnie acz dobrze mieszając, by blisko się ze sobą zaprzyjaźniły :) .
Gotować skończyłem finalnie chyba jakoś ok. północy - położyłem się pewnie ponad dwie godziny później, w kontekście czego wybudzenie Mnie przez Wyższe 'Ja' ok. 7:30 am było dość osobliwe ;) (do teraz odczuwam efekty).
Ciekawe, że ten tekst towarzyszył Mi gdzieś wzdłuż dzisiejszego dnia, przeplatając się z różnymi innymi czynnościami. Przykładowo teraz jest już wieczór (21:45), niedawno wróciliśmy ze spaceru. Na dworze nieco chłodniej, stąd wyszedłem w bluzie. W domu przyjemnie ciepło :) .
P.S.:
Okazało się, że nie był to koniec fantazyjnego czasu ;) - w nocy potrzebowałem ponownie się odświeżyć, a kiedy wróciłem z prysznica na dworze chyba już świtało ;) . W efekcie wstałem mocno po trzeciej p.m. ;)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz