..opublikowałem piątek, 16 czerwca 2017 13:45
Urodziny Łasica
Dwa lata temu 14-tego czerwca zastanawialiśmy się, jak można by przełożyć imię Naszego kota (Łasic) na angielski. Nie pamiętam już dobrze, być może było to podyktowane wzrastającym wówczas zainteresowaniem, jak i rosnącym pociągiem do tego języka - zwiększającą się potrzebą ekspresji przede wszystkim za jego pomocą. Wyszliśmy wówczas z pomysłem, iż można by podejść do tematu od strony fonetycznej, próbując oddać nie tyle znaczenie, co brzmienie owego abstrakcyjnego imienia. W ten sposób powstał "Waycious"... a dzień wynalezienia tej anglojęzycznej wersji wykorzystaliśmy jako świetny pretekst do inauguracji urodzin Łasica, jako że dokładną datą Jego biologicznych urodzin nie dysponowaliśmy, a byłoby miło jednak móc celebrować w któryś dzień specjalnie na Jego cześć. Stąd czternasty czerwca stał się od tamtej pory łasicowymi urodzinami.
Łasic był jednym z najintymniejszych, najbardziej spersonalizowanych prezentów, jakie otrzymałem od Wszechświata: był nieprzewidywalnością i cudem. W dzieciństwie spędziłem sporo czasu otoczony kotami, bardzo je lubiłem i dobrze wspominam (głównie Maćka i Żabę, a wcześniej rudą kotkę z Mych najstarszych wspomnień z domu Babci). Potem jednak przeprowadziliśmy się, a potem jeszcze raz - a w owych nowych lokalizacjach zdawało się nie być miejsca dla kotów (chociażby dlatego, iż Rodzice nie gustowali w tym pomyśle). W miejscu najnowszej przeprowadzki bywał co prawda od czasu do czasu kot (Psotka), nie był jednak "Naszym oficjalnym".
Niejednokrotnie przyjemnie sięgałem pamięcią wstecz, do owych "czasów z kotami", z nutą smutku iż nie wygląda na to, bym mógł jeszcze tego doświadczać dziś, po latach, z dojrzalszą perspektywą. Myślałem na przykład, iż dziś zdecydowanie mógłbym czerpać więcej z kociego towarzystwa, które mogłoby zyskać dla Mnie nowy wymiar z uwagi na "trochę lat" więcej, na to iż "dorosłem". Niemniej nie dostrzegałem żadnych sensownych perspektyw, które mogłyby ziścić - raz jeszcze - takie doświadczenie.
Łasic rozwiązał ten temat. Pojawił się ileś lat temu, nie pamiętam już dokładnie w jakich okolicznościach. Wiem tylko, że zgrabnie i niemalże niezauważalnie wtopił się w Naszą codzienność, rychło stając się jej integralną częścią. Paradoks polega na tym, iż stał się tak bardzo obecny, że aż oczywisty... dziś wiem, iż zdecydowanie nazbyt :( . Przez całą tą obecność po prostu żyłem z Nim, nie przywiązując Doń jednak jakiejś specyficznej wagi: był częścią Rodziny, był oczywistością - bardzo charakterystyczną i unikatową, ale jednak nadal oczywistością. Dopiero u schyłku Jego dni na tym planie "otworzyły Mi się oczy", lub też otworzyły szerzej. W kontekście całego życia Łasica tutaj dopiero w ostatnich chwilach zrozumiałem Jego wartość. I stratę.
Być może to utarty slogan, iż docenienie przychodzi do Nas zbyt często za późno (po fakcie) - niemniej ta prawda niestety nie pomaga. W Moim przypadku okazało się, iż całe doświadczenie Łasica w Moim życiu sprowadziło się do kilku chwil mądrości, którą - gdy już nabyłem - miałem zabrać dalej już w samotną drogę. Zrozumiałem, jak ważną istotą był dla Mnie Łasic tak naprawdę - i jakże nie wdrażałem tego, jakże nie wyprowadzałem na należne, pierwszoplanowe miejsce. Jakże zdecydowanie zbyt mało docenienia... Poznałem to wszystko w tych "kilku chwilach" szoku ostatnich łasiątowych dni tutaj, przed - Jego tym razem - przeprowadzką w znacznie lepsze miejsce. Nie jestem pewien, czy wszystko zrozumiałem i pojąłem tak, jak powinienem - niemniej... odkryłem, iż dysponowałem czymś, Kimś bezcennym w Moim życiu, na co dzień, przez spory okres czasu, który nie był łatwy - dla Nas wszystkich. Dopiero z perspektywy uświadomienia tymi "kilku chwilami" ujrzałem przeszłość w nowym świetle: dostrzegłem, jak bardzo Łasic ewidentnie Nam pomagał, jak bardzo był z Nami, jak bardzo praktykował współżycie i współodczuwanie Naszych codziennych spraw, trosk, ciężarów, czy po prostu bycia. Na co dzień uczył Nas "zen": głębokiego pokoju ducha, ale i spontanicznej, żywiołowej radości, orzeźwiającej szczerości w gestach, bycia najprawdziwszym Sobą.
[wspomnienie]
Wróciliśmy właśnie z wycieczki. Jak zwykle wyczerpany, w dodatku z dużym bólem głowy i prawdopodobnie odczuciem mdłości. Czekałem na DP samotnie w pokoju, było Mi ciężko - tym razem przede wszystkim fizycznie. Tak naprawdę nie byłem jednak sam, gdyż jak zwykle towarzyszył Mi Łasic - witał Nas za każdym razem już u progu, a potem szedł z Nami, czy to do pokoju na dole, czy "dzikim pędem" wyprzedzając Nas w drodze na piętro.
Tym razem był ze Mną w salonie, przycupnął nieopodal. Było Mi zbyt ciężko... w którymś momencie Łasic podjął nutę tej ciężkości, wtórując w jej wyrażaniu. Zaskoczył Mnie. Czułem wówczas wyraźnie, iż wie - jest świadomy Mego samopoczucia i sygnalizuje, że jest tu ze Mną, że współodczuwa lub współczuje, że nie jestem Dlań obojętny.
Byłem Mu za to wtedy ogromnie wdzięczny. Przez te kilka minut oczekiwania dzięki Niemu naprawdę nie czułem się Sam z tym ciężarem. Wręcz przeciwnie: czułem, że kogoś interesuję, czułem że komuś naprawdę zależy. Wychodząc potem z pomieszczenia czułem namacalną wdzięczność za zrozumienie i wolę Łasica.
[koniec wspomnienia]
Nie byłem dobrym uczniem, Łasic. Niemniej wierzę, czuję, że jestem bogatszy. Choć Ciebie nie ma już tu z Nami, wyczekuję kolejnego spotkania i psocenia - już na Duchowym Planie.
Chciałem napisać o tym, iż w tych ostatnich chwilach, które zaskakująco Mną wstrząsnęły - dostrzegłem w oczach Łasica dosłownie i namacalnie dojrzałość i świadomość, o jakie nie podejrzewałbym zwierzaka. Rozpoznałem zrozumienie, błysk dosłownego zrozumienia - wiedziałem z intensywną pewnością, że Łasic wie, i to bardzo dobrze, dojrzale, prawdopodobnie nawet lepiej, niż Ja Sam. Jestem za to wdzięczny. Czuję się w pewnym znaczeniu uszlachetniony, wzbogacony. Bardziej samotny - ale i... bardziej świadomy. I jestem wdzięczny Wszechświatowi, że koty jednak wróciły do Mego życia.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz